Na wstępie zaznaczę, że jestem debilem i źle złożyłam moje danie. Powinno się nałożyć nadzienie na połowę jednej tortilli a następnie złożyć na pół - w ten sposób większość nadzienia pozostaje jednak wewnątrz zamiast wypaść z plaśnięciem na kuchenkę podczas przewracania. Smak jednak pozostaje ten sam :D

Danie jest szybkie, proste i pyszne. Oczywiście szybkie nie jest karmelizowanie cebuli. Mi zajęło to dwie godziny, a z gara surowej cebuli wyszły mi może dwie łyżki gotowego produktu. Polecam zrobić od razu z duuuuuużej ilości i uzbroić się w cierpliwość. Efekt końcowy oczywiście jest powalający bo karmelizowana cebulka zawsze spoko.

Składniki

- tortille (pszenne, kukurydziane, pełnoziarniste - do wyboru, do koloru)
- świeży szpinak
- ser kozi
- karmelizowana cebula
- awokado
- oliwa w sprayu (można posmarować patelnię pędzelkiem zanurzonym w oliwie, ważne żeby było jej mało)

I jedziemy.

Rozgrzewamy patelnię z odrobiną tłuszczu. Na placek nakładamy po kolei: szpinak, ser, cebulkę, plastry awokado. Składamy na pół, lub jeśli jesteście tacy super jak ja, nakrywamy drugą tortillą i sru na patelnię. Po krótkiej chwili (placek ma się ładnie zrumienić ale nie zjarać) odwracamy na drugą stronę - Ci którzy użyli drugiego placka zaczynają głośno przeklinać łapiąc w locie wypadające plastry awokado. I już. Kroimy na kawałki i wzdychamy z zadowolenia pochłaniając to pyszne danie.

Bon appetit!





Obiecałam Wam na facebooku, że jak tylko ogarnę nowy wygląd bloga, wyjaśnię po co ta cała zmiana.

Gnomowisko powstało totalnie pod wpływem chwili. Nazwa również. Już po jakimś czasie przestała mi się podobać, ale wszystko było już ustawione, podlinkowane itd. Trochę nie chciało mi się robić rewolucji. Ale lata mijają, ludzie się zmieniają i dzieci rosną. Mój Rysiek przestał być gaworzącym Gnomem, a stał się gadającym (często bez sensu) małym chłopcem. Przeprowadziliśmy też rewolucję życiową, spakowaliśmy manatki i zamieniliśmy ukochaną Warszawę na słoneczną Barcelonę. Rewolucję przeszłam i ja sama. Stałam się bardziej optymistyczna, zaczęłam dostrzegać rzeczy, które kiedyś mi umykały i naprawdę zaczęłam, żyć zgodnie z zasadą "enjoy the little things". Uznałam, że najwyższy czas aby blog też przeszedł transformację.

Tuesday Sky

Skąd taka nazwa? Pamiętacie może, że kilka lat temu popularne stały się różne generatory imion. Np. your pornstar name (moje to Tonya Peachybutt :D), your anime name itd. Trafiłam też na generator imion hipisowskich. I co otrzymałam? Właśnie Tuesday Sky. Gdzieś to się tam do mnie przykleiło i było pierwszym typem przy wyborze nowej nazwy dla bloga, chociaż hipis ze mnie, jak z koziej dupy trąba.

Chciałabym, żeby blog poszedł bardziej w stronę fotografii. Nie jestem specem, ale lubię robić zdjęcia i czasem nawet jakieś mi wyjdzie. Chcę pokazywać świat moimi oczami. Nasze codzienne ścieżki, zwykłe dni.

Oczywiście Rysiek dalej będzie pojawiał się na blogu, ponieważ jest miłością mojego życia i najpiękniejszym czubkiem na świecie :)

I pamiętajcie LIFE'S A BEACH!

























Po prostu. Trochę naszych chwil.

W drodze na Calçotadę

Koty z Aitony

Calçots




Odnowione meble w Ryśkowym pokoju





Goście urodzinowi

Inspekcja uprawy balkonowej







Ten post powstał pod wpływem chwili i w lekkim amoku. Zostaliście ostrzeżeni.


Babcia zawsze mi powtarza, że jestem strasznie nerwowa. Ja się wtedy denerwuje i wrzeszczę, że wcale nie jestem. Zdarzało mi się tupać nogą jak wkurzona pięciolatka i bywało, że rzucałam przedmiotami. I nie, urodzenie dziecka nic nie zmieniło. Są jednak pewne rzeczy, które wyprowadzają mnie z równowagi w ekspresowym tempie i sprawiają, że momentalnie łapię pianę.

Pomysł na ten post wpadł mi do głowy kiedy wisiałam nad wanną i myłam włosy, jeśli to kogoś interesuje.


1. Zdrabnianie.

Pieniążki, katarek, kupka, zupka, srupka itd. Szlag mnie trafia. Szczególnie uczulona jestem na "pieniążki". Magiczna granicę, kiedy zapragnęłam mordu, przekroczyła moja ukochana Bunia stwierdzając: "... kiedy paliłam papieroska na balkoniku". Ludzie!!! Aaaaaaa!

Czasem mam wrażenie, że zajście w ciążę obliguje większość kobiet to porzucenia dorosłego słownika i przedzierzgnięcia się w wiecznie zdrabniającą dzidzię piernik. Z tego również powodu nie zagrzałam dłużej miejsca na żadnym ciążowo/dzieciowym forum. Opisy brzuszków, fasolek i tygodniusi doprowadzały mnie do torsji.

Pod zdrabnianie można też podciągnąć wszechobecne w maminych kręgach słodkie pierdzenie. "Mój maluszek zjadł dziś zupkę". "Mój najdroższy szkrab/brzdąc/maluszek zrobił coś am". Ja nie mówię, że mają tego nie pisać. Sama często dzielę się takimi faktami z moimi znajomymi. Ale czy wszystko musi być takie słodziutkie, okraszone toną lukru i posypką? Czy nie można tego oznajmić w jakiś bardziej strawny sposób?

2. Dziwny makaron.

To moje ostatnie odkrycie. Kiedy gotuję Ryśkowi makaron, robię to najczęściej w małym garnku. Kiedy makaron penne (pamiętaj Dorota, zawsze peNNe, nigdy peNe - dzięki O.) gotuje się jakiś czas na małym ogniu, ma tendencję do przybierania dziwnego kształtu. Rurki przywierają do siebie i stają pionowo w garnku. Jest to widok nawet nie tyle denerwujący, co obrzydliwy. Nie wiem czemu tak mam. Przypomina to jakiś obleśny ukwiał albo jakąś ohydną tkankę. nie wiem. Ale jest to na tyle obrzydliwe, że czasem boję się zajrzeć do garnka. A może zwyczajnie już mi odbiło?


3. Powtarzające się dźwięki.

Tutaj mógłby się pewnie wypowiedzieć mój mąż, który stukając sobie beztrosko nogą w stół, nie raz napotkał moje mordercze spojrzenie. Wszelkie stukania, pukania, rytmiczne skrzypienia czy kapania doprowadzają mnie do furii.

4. Tykanie - ale nie zegara

Znacie to? Ktoś z kim rozmawiacie podchodzi i do Was i stukając swoim paluchem w wasze ramię czy inną część ciała mówi "Ej, a coś tam coś tam". NIENAWIDZĘ jak mnie ktoś tak dotyka. Mam to chyba po mamie. Generalnie nie lubię miziania, drapania po plecach (w przeciwieństwie do mojego syna) czy zabaw moimi włosami. Wzbudzają one we mnie potężną, kiełkującą w żołądku odrazę. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale mam tak od dziecka.

5. Zostawianie zapalonego światła.

Tutaj znowu króluje mój mąż, który zostawia wszędzie zapalone światła. Np. dzisiaj rano w przedpokoju mój drogi :| Ja potem biegam i gaszę, biegam i gaszę... Szlag mnie trafia!

6. I z grubej rury - homofobia

Reaguję rzygozą na każdy przejaw homofobii. Oni nie tolerują gejów/lesbijek/transseksualistów, ja nie toleruję ich. Napisz na fb homofobiczny komentarz i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikniesz z moich znajomych. Wierzcie mi, robiłam to już wiele razy. W tym temacie jestem wyjatkowo stanowcza.

I mam taką propozycję. Niech każdy zajmie się tym, co się dzieje w jego własnym wyrze. Może się okazać, że macie większe problemy niż życie seksualne waszych sąsiadów.


7. Język w nosie.

Rysiek i jego umiejętności. Jedną z bardziej wkurzających jest wtykanie sobie jęzora do nosa i wylizywanie glutów. No ręce opadają. Jedziemy sobie z przedszkola. Słońce świeci, wietrzyk wieje a przechodnie z zainteresowaniem przyglądają się siedzącemu w wózku Ryśkowi. Wychylam się do przodu i już wiem, że to nie z powodu jego oszałamiającej urody. Ryszard niczym prawdziwa żyrafa gmera językiem w nosie.

Kurtyna.





Tak. To był fajny post. A Wy pewnie wyglądacie teraz tak, co nie?


No właśnie. Gdzie ten dom? Jeszcze tam, czy już tu? Czy ta cząstka mnie (którą zostawiłam siedzącą w kawiarni na Pięknej) jeszcze tam jest? Czy zdmuchnął ją zimowy wiatr razem z resztkami naszych śladów w Parku Ujazdowskim? Jak to jest, że nagle skądś znikasz, a pojawiasz się zupełnie gdzie indziej.

Taka podróż zmienia człowieka. Zaskoczyła mnie łatwość z jaką wsiąkłam w południową mentalność. Jak potrafię witać dzień z uśmiechem - może to zasługa słońca? Jaka jestem szczęśliwa, kiedy po odprowadzeniu Ryśka do przedszkola, mogę klapnąć w pobliskiej kawiarni i zamówić filiżankę cafe con leche. I tak sobie siedzę przez chwilę, zanim kelnerka przyniesie kawę, zanim wyciągnę z torby książkę. I jest mi jakoś dobrze. Zwyczajnie czuję się szczęśliwa.

Jeszcze w Polsce, kiedy dopiero planowaliśmy wyjazd, często miałam poczucie stagnacji, nudy i tego, że jakoś stoję w miejscu. I właśnie stąd pomysł wyjazdu. Nie za chlebem, a z potrzeby ducha. Żeby coś przeżyć, zobaczyć, poznać. Zaraz ktoś krzyknie: o panience się w dupie poprzewracało! Może i tak, ale niech sobie krzyczą. Już się tym nie przejmuję. Właśnie tego nauczyła mnie Barcelona :)

Dobrze mi tu. Nie wiem czy to moje miejsce na ziemi. Na razie musi nim być.

No dobrze, zapytacie, a co z tymi, których zostawiłaś za sobą? Z rodziną, przyjaciółmi?
Tęsknię za nimi każdego dnia. Brakuje mi tego, że nie mogę zadzwonić i zwyczajnie umówić się na kawę, Ale jest przecież internet. Można pogadać, zobaczyć się i być na bieżąco. Nie zastąpi to kotnaktu face to face, ale lepszy rydz niż nic. No i są tanie linie :) I to tylko 3 godziny z Warszawy.


A i tak najważniejsze w tym wszystkim jest to, że jesteśmy tu razem. Razem ze wszystkim sobie poradzimy. I zostało jeszcze tyle do odkrycia!

Home is, where the heart is.



Cicho u nas ostatnio, ale nadrabialiśmy zaległości koleżeńsko-rodzinne (czytaj: goście!) Sami mili i wyczekiwani goście rzecz jasna. Rozumiecie zatem, że z komputerem nie było mi za bardzo po drodze.

A co robimy, jak nas nie ma? Łazimy, oglądamy bajki, malujemy, pieczemy chleb... Wszystkiego po trochu.

A, i suche liście depczemy...

















Rysio: bluza i bezrękawnik / C&A, spodnie/Primark, buty/Zara